Paula Sawicka
Otwarta Rzeczypospolita
Faszyzm może być rozumiany na wiele sposobów. Gdy jedni używają słowa „faszyzm” do opisu wydarzeń w dzisiejszej przestrzeni publicznej, inni się oburzają, traktując to jak nadużycie, kamień obrazy. Kamień ciężki Holokaustem i innymi zbrodniami II wojny światowej. Bez względu na definicje to obciążenie jest nieusuwalne.
Nie oznacza to jednak, że mówienie o faszyzmie jest uprawnione dopiero, gdy zdarzy się najpotworniejsze. Faszyzmu nie opisujmy w kategoriach „jest – nie ma”. Przyjmijmy, że to przede wszystkim proces, faszyzm kroczący. I tak rozumiem pytanie, na które chcę tu odpowiedzieć: IDZIE FASZYZM?
Mówmy o faszyzmie, jako sposobie zdobywania władzy. Władzy dążącej do państwa totalitarnego. Nie zasłaniajmy się tym, że w nazwie partii Hitlera nie występuje przymiotnik „faszystowski”. Zamiast relatywizować sprawę i bagatelizować zjawisko, przyjrzyjmy się, co towarzyszyło pochodowi faszyzmu w Niemczech lat 1930-tych, zanim osiągnął jeden z najtragiczniejszych swoich etapów w historii. I zapytajmy czy ten obraz coś nam przypomina. Było to przede wszystkim:
Te mechanizmy, działając jednocześnie, tworzą i wzmacniają podziały oraz kształtują społeczeństwo podatne na hasła autorytarnego przywództwa, społeczeństwo niepragnące wolności.
Hannah Arendt pisała, że faszyści nigdy nie zadowalają się samym kłamstwem; swoje kłamstwo przekształcają w nową rzeczywistość, a potem przekonują ludzi, żeby w nią uwierzyli. Jeśli to się uda, można ich przekonać do wszystkiego.
Pójdą, więc za wodzem („Jarosław Polskę zbaw”), głosząc własną wyższość, gloryfikując „tradycyjną rodzinę”, potępiając feminizm, liberalizm, wartości demokratyczne, prawa człowieka. Wtedy w imię NOWEGO ŁADU, a dziś DOBREJ ZMIANY, zaakceptują demolowanie prawnych fundamentów państwa, zrywanie zasady trójpodziału władzy, niszczenie społeczeństwa obywatelskiego, ograniczanie swobód konstytucyjnych, propagandę wypaczającą język demokratycznych idei. „Wstaną z kolan” i przyklasną atakom na intelektualistów i ekspertów, okażą pogardę autorytetom. W imię mitycznego dobra kraju i ochrony wartości pozwolą rządzącym skupiać coraz więcej niekontrolowanej władzy. Nieprzekonanych i przeciwników, realnych i wymyślonych, pozwolą oskarżać o nierówności społeczne i niezaspokojone potrzeby, niepowodzenia lub zbyt małe sukcesy tak w skali kraju, jak i personalne, a wreszcie o zdradę i będą żądać ich ukarania.
Idzie faszyzm, a przykłady znajdujemy codziennie: mit smoleńskiego zamachu i „żołnierze wyklęci” i „repolonizacja” banków, „potwór gender” i „gminy wolne od LGBT”, próby zaostrzania ustawy antyaborcyjnej, tryb uchwalania ustaw i zamachy na niezależność sędziowską, skrupulatność aparatu ścigania wobec przeciwników i pobłażliwość wobec sprzymierzeńców, w mediach z nazwy publicznych - pożądany przez władzę standard „informacji” a w podręcznikach szkolnych zafałszowane treści. Codziennie przybywa nowych przykładów.
„I nam może się to przydarzyć” napisał amerykański konstytucjonalista prof. Cass Sunstein , podsumowując trzy obszerne prace o osobistych doświadczeniach Niemców w latach 1930-tych. Te doświadczenia powinny być dla nas lekcją, bowiem pokazują, jak łatwo stać się częścią zbrodniczego systemu, który małymi krokami oswaja ze zmianami, nawet takimi, które powinny zastanowić, a wręcz zaalarmować. Lecz nie alarmowały dopóki dotyczyły innych. Boleśnie, na własnej skórze odczuł to pastor Martin Niemöller, („Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem…”). „…dla wielu Niemców faszyzm nie był złem. (…) poprawił ich codzienne życie, zyskali pracę i lepsze mieszkania. Mogli sobie pozwolić na urlop w Norwegii czy Hiszpanii dzięki programowi „Siła poprzez radość”. (…) Wydawało się, że „każdy” korzysta z błogosławieństwa „Nowego Ładu”. Wiedli „normalne” życie i nie dowierzali, że wokół nich dzieje się coś złego. Chcieli np. wierzyć, że tylko Żydzi, którzy byli zdrajcami Niemiec trafili do obozów koncentracyjnych, a reszta mogła wyjechać zachowując swoją własność lub otrzymując godziwe odszkodowanie. A zresztą “nie mieli czasu, żeby myśleć o tych strasznych rzeczach”. „Myśleli, że są wolni” – powiedział o tych Niemcach ich rozmówca, Milton Mayer.
A przecież bez prawdy nie można korzystać z wolności. Żeby zgnieść wolność, trzeba unicestwić prawdę.
To się jeszcze nie stało, ale idzie faszyzm, psuje demokrację, zatruwa prawdę, chce odebrać nam wolność. Musimy przed tym przestrzegać, jeśli nie chcemy obudzić się w państwie totalitarnym. Wszystko jedno czy znajdziemy się wśród prześladowanych czy po stronie przemocy. Bo „…bakcyl dżumy nigdy nie umiera…, …każdy nosi w sobie dżumę. I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka i żeby go nie zakazić.”